Weronika Rosati o wyrzucaniu butów przez okno i związku z Mariuszem Maxem Kolonko

Dziś Weronika Rosati nie schodzi z czołówek gazet za sprawą licznych kłótni i sądowej batalii z ojcem jej córki. A jak było kiedyś?

Jest październik 2005 rok. 6 października w kioskach pojawia się „Viva!” z Weroniką Rosati na okładce z hasłem: „Kocham i jestem kochana”. Aktorka od roku mieszka w Nowym Jorku. Wyjechała tam za narzeczonym, Mariuszem Maxem Kolonko (para rozstanie się kilka miesięcy później). Studiuje w prestiżowej szkole aktorskiej Lee Strasberga, do której uczęszczała Angelina Jolie, Al Pacino czy Scarlett Johansson. Rzuciła rolę w „M jak miłość” i jest w trakcie nagrywania serialowej wersji „Pitbulla”.

Jestem szczęśliwą kobietą. Jestem kochana i mogę być z osobą, którą kocham – mówi Weronika Rosati w wywiadzie zatytułowanym „Podwójne życie Weroniki”. – Dlaczego jednak w słowach zakochanej wyczuwam cień smutku? – dopytuje dziennikarka Lilianna Śnieg-Czaplewska. – Bo uważam, że życie przynosi w ogóle więcej cierpień niż radości. Miałam przez większość życia przykre momenty, choć to pewnie trudne do uwierzenia. Nic mi samo z nieba nie spadło. Całe życie pracowałam na to, co teraz mam – przyznaje Weronika. Przy okazji aktorka zapewnia, że nigdy nie zakocha się w koledze po fachu (Piotr Adamczyk, pozdrawiam!).

– W tym zawodzie łatwo się zakochać, bo bazuje na emocjach. Aktorstwo polega na pewnym otwieraniu się, ale ja nie chcę łączyć jednego z drugim. Kiedyś przyjaźniłam się z fascynującym, starszym ode mnie mężczyzną o światowej sławie w świecie filmowym. Gdybym ci powiedziała, o kogo chodzi i wymieniła nazwisko, spadłabyś z krzesła. Ale to nie była miłość, a platoniczna fascynacja, przede wszystkim intelektualna. Jednak nie chciałam przekraczać granicy bezinteresownej przyjaźni, bo nie uznaję takich „kompromisów” w życiu. Dobrze wiem, co znaczy dla mnie miłość i umiem ją cenić – przyznaje Rosati.

/źródło: dwutygodnik „Viva!” nr 21 (227). Archiwum własne/

Jak Weronika spędza spędza wolne chwile z Maxem Kolonko?

– Weekend to w Ameryce świętość, czas przeznaczony wyłącznie dla rodziny. Biegamy wtedy z Maxem po teatrach na Broadwayu. Jestem osobą, która ma wszystko zorganizowane, zaplanowane i dokładnie wie, czego chce. Ale wiem, że będzie, co ma być, bo przeznaczenie też się wtrąci. Staram się więc żyć w zgodzie nie tylko z moimi zasadami, ale i wiarą. Nauczyłam się cieszyć chwilą – mówi w „Vivie!”. Dziennikarka nie odpuszcza. – Jest proza i poezja życia, wielka miłość i codzienność: pranie, zmywanie, gotowanie… – przyznaje refleksyjnie – Gdy jest się szczęśliwym, te wszystkie zajęcia są przyjemnością. Zwłaszcza jeżeli się mieszka z ukochaną osobą i robi się je wspólnie – odpowiada Weronika. – Kiedy się mieszka samemu, można sobie pozwolić na bałagan. Tu się rzuci bluzkę, tam buciki – zauważa rezolutnie Śnieg-Czaplewska. – Się zostawi, się rozrzuci, a potem się posprząta… Max wie jednak, jak ze mną postępować w takich sytuacjach – mówi Rosati. – Wyrzuca buty przez okno? – Wręcz przeciwnie. Gdyby wyrzucił, zostawiłabym następnego dnia kolejnych dziesięć par, bo… taka jestem. Max podchodzi do mnie i oficjalnym, ale bardzo miłym tonem mówi: „Weroniko, czy mogłabyś posprzątać swoje buty z łazienki? Proszę, bo nie mogę przejść”. No i co ja mam wtedy zrobić? Idę i sprzątam – odpowiada Weronika Rosati.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *