Firmy odcinają się od kupionych followersów Wendzikowskiej

„Pani Krysia zasiadła wygodnie w fotelu, racząc się lipową herbatką i sernikiem z truskawkami. Na ekranie zanosiło się na ekscytujący romans w „M jak miłość”. I właśnie wtedy rozegrał się dramat, niestety… w jej salonie. – K..a, no tego nie zniosę! – wrzasnął mąż Krystyny i toporkiem rozłupał na pół telewizor” – pisał „Fakt” w 2016 roku. W tym wypadku nie można było mówić o konfabulacji ze strony zdenerwowanej żony, bo policja potwierdziła powyższe zajście. Czemu wam to teraz przypominam? Bo mrożąca krew w żyłach scena w domu pani Krysi rozegrała się, gdy na ekranie była Anna Wendzikowska.  „– W odcinku nr 1226 miał nastąpić zwrot, bo Marcin i Monika (Anna Wendzikowska – przyp.red) mieli zostać parą kochanków za plecami Izy, obecnej dziewczyny Marcina” – mówiła pani Krystyna.  „– Ja p…ę, wyłącz to, bo mnie szlag na miejscu trafi od tych głupot. Zaraz „M jak miłość” zamienię w M jak masakra – wymamrotał pan Grzegorz i wybiegł z pokoju. Kiedy po chwili wrócił z kuchennym toporkiem w ręce, na ekranie samotna Monika właśnie podrywała Marcina”. Jaki był finał tej niecodziennej sytuacji? Grzegorz S. na widok Wendzikowskiej rąbnął w telewizor toporkiem. Telewizor zasyczał, posypały się iskry, poleciał dym i ekran smętnie zgasł.

Mamy maj 2018. Piszę o tym, że Anna Wendzikowska kupuje followersów i lajki na Instagramie. Od razu odzywa się do mnie kilka ważnych osób z blogosfery, które cieszą się, że przerwałem tabu. Okazuje się, że nie tylko mąż pani Krystyny nie może patrzeć na Anię. Temat okłamywania reklamodawców – przez celebrytki pokroju Wendzikowskiej – od dawna spędza im sen z powiek. Dlaczego? Bo oni, by mieć zasięgi, naprawdę zasuwają od rana do wieczora. Lajki i followersi moich rozmówców – w przeciwieństwie do Wendy – są prawdziwe i pochodzą od osób z Polski. Poza tym oni swoją obecność w social mediach poświęcają dziedzinom, w których są ekspertami. I właśnie rzeczy związane ze swoim wizerunkiem i działalnością promują i na niej zarabiają. Fair? No raczej! A tu przychodzi taka Wendy, która podwędza im zlecenia, a wszystko dlatego, że ma większe zasięgi. A że kupione?

Anna Wendzikowska znana jest z tego, że od lat jeździ za granicę na press junkety, gdzie rozmawia dla „Dzień Dobry TVN” z najbardziej znanymi osobistościami z Hollywood. Wendy (bo tak pieszczotliwie lubi jak się ją nazywa) spotkała m.in. Angelinę Jolie, Brada Pitta, Nicole Kidman, Kate Winslet, Harrisona Forda czy Jennifer Lawrence. I za to należy się jej prawdziwa i szczera gratulacja! Oprócz tego od lat gra Monikę w „M jak miłość”.
Na Instagramie, na którym ma już 298 tys. followersów (od kiedy o niej napisałem jej licznik skacze w zatrważającym tempie, hihi) promuje m.in. takie firmy (swoją drogą nie wiem w jaki sposób są one związane z jej zawodową działalnością??) jak: Natural Mojo czy Hello Body. Pierwsza z nich zajmuje się produkcją super zdrowych odżywek, druga naturalnych kosmetyków. Dobra, Ania to ładną kobieta o nienagannej figurze, więc na pewno super się odżywia, a jej uroda to efekt samych naturalnych kosmetyków. W to jestem jeszcze w stanie uwierzyć. Powiedzmy, że to współgra z tym co widzimy, gdy na nią patrzymy. Po co więc nabijanie reklamodawców w butelkę i podwyższanie swoich zasięgów kupionymi botami? Ani nie wystarczyłoby kilka tysięcy realnych obserwatorów, którymi może się pochwalić? Ano, nie! Sam wygląd w tym przypadku nie wystarczy. Rozmawiam ze znaną blogerką, która podobnie jak Ania dostaje od Natural Mojo pieniądze za zamieszczanie na Instagramie sponsorowanych zdjęć. – W tej sytuacji chodzi po prostu o pieniądze. Każde moje wynagrodzenie jest związane z ilością followersów. Do tego ważne są też lajki, jakie mam przy reklamowych zdjęciach. Im jest ich więcej, tym więcej zarabiam – mówi anonimowo moja rozmówczyni. Gdyby więc Ania – powiedzmy – miała np. 15 tys. followersów, jej wynagrodzenie byłoby kilkadziesiąt razy niższe.

Sprawdzenie realności followersów i lajków na Instagramie to chwila roboty. Każdy może to zrobić, jeśli mówimy o koncie publicznym, a takie jest konto Anny Wendzikowskiej. Niestety okazuje się, że są firmy – jak te powyższe – które tego nie robią. O komentarz poprosiłem ich przedstawicieli.

– Współpracujemy z Anią już od dawna i nasza kolaboracja przynosi zadowalające efekty. Zdjęcia prezentowane przez Anię nie są wulgarne, nie obrażają również niczych uczuć, a przy tym są estetyczne i zgodne z profilem naszej marki. Być może część jej obserwatorów została kupiona, ale nie zmienia to faktu, że zasięgi Ani pośród polskiej publiczności są równie duże – słyszę na początku od Hello Body.

Ten komentarz mnie jednak nie satysfakcjonuje. Jakie być może?! To nie jest wiedza tajemna czy zasłyszane plotki z drugiej ręki. Zapraszam na Instagram Ani. Poza tym jest tyle świetnych instagramowiczów, którzy też wrzucają „niewulgarne zdjęcia, które nie obrażają niczyich uczuć, a przy tym są estetyczne i zgodne z profilem ich marki”. Oni jakoś jednak na tym nie zarabiają, bo – co jest proste jak dwa razy dwa – nie mają takich zasięgów jak główna bohaterka mojego śledztwa. Pytam więc czy to prawda, że Hello Body płaci prowizje adekwatne do liczby followersów i lajków i czy firma nie uważa, że precedens kupowania zasięgów, obniża wartość ich marki. Taka typowa klientka patrząc na profil Ani, która zachwala kupienie jakiegoś kremu, zobaczy tysiące lajków i pomyśli, że to rzeczywiście super produkt kochany przez tłumy. Ja też go więc powinnam mieć! Firma jednak zdaje się na to nie patrzeć i jej odpowiedź nadal jest pokątna. – Jeżeli influencer przynosi zyski i wzbudza zainteresowanie pośród swoich followersów to znaczy, że współpraca jest dla nas korzystna. Tak jest w przypadku Ani. Pytanie po co kupować followersów należałoby zadać samej Ani, bo na to nie mamy już wpływu. Staramy się uważnie dobierać osoby, z którymi współpracujemy. Zawsze początkowo proponujem krótkie współprace i jeżeli dana osoba się sprawdzi to działamy z nią dalej – tłumaczy mi Hello Body. – Ania wzbudza zainteresowanie?? Patrzac po lajkach i followersach – w Rosji i Turcji. Rozumiem, ze państwa firma celuje właśnie w tamtejsze rynki? To wtedy ma sens” – dopytuję. Na to pytanie firma Hello Body mi jednak już nie odpowiada.

Moja korespondencja z firmą Natural Mojo jest jeszcze śmieszniejsza. Ktoś, kto ze mną pisał zachował się niczym 5-letni Wojtuś, którego przyłapało się na kradzieży cukierka. Natychmiastowe wyparcie i zaprzeczenie mimo jasnych dowodów ponad wszystko. Brakowało tylko tupnięcia nóżką, ale może by było gdybyśmy rozmawiali face to face? I choć w przypadku dziecka takie zachowanie jest do pewnego wieku normalne, tak po dorosłych ludziach, którzy sprzedając żywność odpowiadają za zdrowie innych osób, wymagałbym więcej powagi.  – Nie zamierzam komentować sprawy ponieważ są to oszczerstwa i nie prawda – słyszę. Podkreślam, że zachowałem oryginalną pisownię wiadomości od przedstawicieli Natural Mojo.

Anonimowej osobie obsługującej Instagram tej marki tłumaczę, że takim komentarzem się pogrąża. Przedstawiam na dowód m.in. print screeny i tłumaczę jak wyglądają fejkowe lajki i followersi. Bingo! Rozmowa od razu wpada na właściwsze tory. – Marka Natural Mojo skierowana jest do osób, które dbają o swoje zdrowie i wybierają wysokiej jakości produkty. Pani Ania Wedzikowska jest dla nas przykładem takiej osoby i bez względu na zasięg na instagramie jesteśmy bardzo zadowoleni ze współpracy. Osoby do współpracy wybieramy pod kątem ich wizerunku, a nie tylko liczby followersów – produkuje się Natural Mojo. Drążę dalej. W końcu mój informator, opowiadając mi o wynagrodzeniach płaconych przez tę firmę, twierdzi inaczej. – Rozumiem więc, że zaprzeczą Państwo informacjom, że wynagrodzenie Państwa ambasadorów jest zależne od liczby followersow? – pytam. Znowu nie otrzymuję jasnej odpowiedzi. A wiadomo co to znaczy. – Stawki negocjujemy zawsze indywidualnie – kończy rozmowę Natural Mojo.

Anna Wendzikowska nie odpowiedziała na mój sms z prośbą o komentarz w sprawie kupowania przez nią followersów i lajków.

Znacie przypadki innych osób publicznych, które mogą „pochwalić” się podobnymi praktykami jak Wendzikowska? Czekam na wasze maile! Piszcie na: bartoszpanczyk@gmail.com.

4 comments on “Firmy odcinają się od kupionych followersów Wendzikowskiej
  1. Serio? O co ta rozkmina? Jakim trzeba byc glupim, zeby kupowac to co polecaja „influencerzy”? Dla mnie to nie ma znaczenia czy X lub Y kupuje lajki czy nie, bo te kryptoreklamy to tez jest oszustwo, tylko troche ladniej skrojone. Swoja droga firma natural mojo mam wrazenie pracuje z kazdym, jej produkty widze na co drugim instagramie, co przekonuje mnie w jednym – musi to byc bardzo slaba marka z watpliwej jakosci produktami, skoro placa nawet płotkom, aby sie zareklamowac. Ktos kto kupuje taki marketing jest naiwny, albo robi to swiadomie dla lansu, a jakosc tych rzeczy nie ma dla niego znaczenia. Wazne by cyknac fotke z produktem wrzucic na insta i dodac, ze zainspirowala go X, Y albo inna „slawna” osoba i on tez to ma. Takze nie widze tu wielkiej dramy. Ot tak wyglada dzisiaj marketig.

    • Jeśli influencer jest kimś, komu ufam, to czemu mam nie kupić? Sama jeśli współpracuję z jakąś firmą to tylko z taką, której produkty szczerze polecam i używam. Jestem mikro, ale moja społeczność mi ufa.

  2. Nie widzę w tym nic złego…

    „Taka typowa klientka patrząc na profil Ani, która zachwala kupienie jakiegoś kremu, zobaczy tysiące lajków i pomyśli, że to rzeczywiście super produkt kochany przez tłumy.”

    Jak taka typowa klientka nie ma mózgu i sugeruje się serduszkami no to sorry 😉

    Te Natural Mojo reklamuje dużo celebrytów.
    Co do płaczu blogerek, no to peszek, wiadomo, że „sławna” osoba przeciągnie bardziej 😉

    Nigdy nie lajkuje postów reklamowych :]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *