Wojna Vegi. Wara od Ostaszewskiej i Cieleckiej!

Wojny w show-biznesie?! Nic nowego. Z tym, że dotychczas brali w nich zazwyczaj udział celebryci, którzy kochają rozgłos. Dzięki nim byliśmy świadkami niejednej medialnej wojny o faceta, pieniądze, operacje plastyczne, głupie wywiady czy nawet o wyrwanie paznokcia z macierzą (albo i bez? bo już się pogubiłem). Publikacje i kliki się mnożyły, followersów i lajków przybywało, hajs się zgadzał, więc wszyscy byli szczęśliwi. Jak to mówi Baśka z „Klatki B”: „kula się kręci, muza leci, jedziemy z tym koksem”. Niestety od kiedy rekordy oglądalności bije w kinach najnowszy film Patryka Vegi „Botoks”, jesteśmy świadkami nowej jakości wojny w showbiznesie. Z wielkim niepokojem obserwuję jak reżyser powyższego „dzieła” wraz z armią wiernych aktorów o przeciętnych, a nawet często wątpliwych talentach, dyskredytują osoby, którym powinni czyścić buty. Osoby, które rozgłos mają głęboko w czterech literach, a talentem, klasą i skromnością rozkładają na łopatki kolegów i koleżanki. Kłóćcie się proszę z ludźmi, którzy żyją z tego, że jest o nich głośno i tylko czekają na okazję by wzniecić jakąś aferkę, ale od Mai Ostaszewskiej i Magdy Cieleckiej wara!


Niestety powyższy apel to tylko moje pobożne życzenie. Tak samo realne jak to, że Krystyna Pawłowicz nie będzie obrażała ludzi na Facebooku czy Andrzej Duda będzie prezydentem wszystkich Polaków. Patryk Vega w swojej sprytnej głowie, w której pewne klepki przysłoniły bezpowrotnie pieniądze, stwierdził, że czas zemścić się na Ostaszewskiej i Cieleckiej. Panie po tym jak zagrały w „Pitbullu”, śmiały (ha!) odmówić mu udziału w „Botoksie”. Bezczelne suki, co?! Jak ktoś może nie chcieć u niego zagrać?! Tym bardziej w dziele, gdzie nic nie trzyma się kupy?

Przecież to zaszczyt zagrać w filmie, w którym można oglądać takie perełki jak seks kobiety z psem czy mandarynki w waginie staruszki. Według jego toku rozumowania każdy powinien być wdzięczny, gdy do niego dzwoni i daje zaszczyt zagrania u siebie? Pamiętajmy, że wiąże się to z tym, że taka osoba musi z lojalności i wdzięczności zatrudnienia siedzieć cicho, zamiast szczerości liczyć pieniądze na koncie, gdy już nie można sobie spojrzeć w twarz i pięknie na smyczy opowiadać w wywiadach o genialności jego produkcji. Że wyzwanie, świetna rola, ciekawy scenariusz, film jakiego jeszcze nie było, Patryk to Bóg, a na planie to jest jedna wielka rodzina. Generalnie możecie zazdrościć wy niewdzięczni, którzy z nami nie jesteście. Tak, słyszeliśmy różne ciekawe wynurzenia przy okazji premiery „Botoksu” od aktorów, których posądzałem o więcej oleju w głowie.

No, ale pecunia non olet. Jeżeli ktoś jest gotów świecić twarzą we wszystkich produkcjach Vegi, praktycznie z podobną tematyką i obsadą, nie przeszkadza mu szufladka i to, że kiedyś będzie miał problem z grą u innych reżyserów, to przecież droga wolna. Nie każdy musi robić same ambitne rzeczy, grać u Holland czy Szumowskiej. Pewnie! Rozumiem, że gdyby nie ten Vega, nie byłoby pewnie na spłatę kredytu, a od twarzy i późniejszej kariery ważniejsze jest tu i teraz. Nakoszę pieniędzy ile się da, narobię wokół siebie szumu i potem będę odcinać kupony. Tak myślą osoby, o których mowa. Patrząc na niektórych nie jest to do końca głupie, bo ich talent jest tak wątpliwy jak naturalność ust Natalii Siwieć i może gdyby nie bycie w stajni Vegi, przymieraliby dziś głodem. Ok. Ale po co mieszać w to Ostaszewską i Cielecką? Ano, już tłumaczę. Dla kolejnych ról! Bo rola w komercyjnym filmie Vegi = kasa! Zawsze gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Zapamiętajcie to. A pojazdy po znienawidzonej Magdzie i Mai przez władzę i reżysera (im teraz bardzo po drodze) na pewno ją zapewni.

Tajemnicą Poliszynela jest, że za kulisami filmów Vegi od jakiegoś czasu rozgrywają się prawdziwe gwiezdne wojny. Wojna o pieniądze, popularność i względy. Atmosfera rodem z Woronicza. Aktorzy niczym pewne prezenterki TVP prześcigają się w podlizywaniu ukochanemu reżyserowi i są w stanie pójść za nim w ogień. Niestety serce Vegi ponoć najmocniej bije do Stramowskiego i jego ukochanej, która dzięki statusowi żony zaczęła wreszcie grać na dużym ekranie. Rodzi to problem i zazdrość, że owa para kosi razem największy hajs, ale i to zazdrośnikom nie jest w sumie straszne! Grupa tych aktorów dzięki temu będzie wierna Vedze jeszcze mocniej niż byłaby normalnie. Bo może dzięki temu Patryk to doceni, pogłaska po główce i dołoży jakieś zero do kontraktu? Oni doskonale wiedzą, że dopóki będą tańczyć tak jak zagra im Vega, pokonywać kolejne bariery i dopuszczać się jeszcze większej żenady, będą mieli kolejne role. Prosty mechanizm prawie tak samo jak dwa plus dwa, prawda? Ostaszewska i Cielecka się wymiksowały i co? Vega na antenie TVP Info, z którą teraz bardzo mu po drodze wyzywa je od hipokrytek, bo biorą udział w czarnych protestach. Co więcej chodzi i opowiada, że one bardzo chciały grać w „Botoksie”, ale on miał je w nosie i wolał zatrudnić panie, które można zobaczyć na ekranie. A prawda jest taka, że Maja i Magda dostały scenariusz jako pierwsze! Je chciał Vega najbardziej!!! Po nich – gdy grzecznie odmówiły – jeszcze były brane pod uwagę inne aktorki. Jak jeszcze one nie zgodziły się przyjąć proponowanych głównych ról to Vega zrobił casting i wybrał desperatki, które bez zająknięcia i radością na twarzy zgodziły się u niego zagrać. Jego wojna to jedno, ale właśnie przyłączyły się do niej jego wierne małe pieski. A że te jak wiadomo najmocniej szczekają? Mamy żenadę i nawet odechciewa się już kupowania popcornu.

Gdy jeden z dotychczasowych fanów Stramowskiego zwrócił na jego oficjalnym fanpejdżu uwagę, że obsada kolejnego filmu Vegi („Kobiety Mafii”) którego premiera przewidziana jest na luty, i w którym oczywiście gra Stramowski jest wtórna i Vega idzie na masówkę, Piotrowi puściły nerwy. Nie wytrzymał, że fan ten w owym wpisie śmiał też podziękować Mai Ostaszewskiej, że nie gra we wszystkich filmach Vegi. „Szacunek dla Pani Mai za to, że po zagraniu w filmie i wielkim sukcesie „Pitbulla”, nazwała aktorów pracujących z p. Vegą oportunistami? Hmm… No nie wiem”, napisał. Co ciekawe, Maja w żadnym wywiadzie nie nazwała publicznie stajni Vegi oportunistami. Co więcej (!), z szacunku do reżysera zrezygnowała z gry w kolejnym „Pitbullu”, który robi teraz Władysław Pasikowski. Mimo że on chciał kontynuować losy genialnie granej przez nią Olki, ona mówiła – „Pitbull” to Patryk Vega. I nie wyobrażam sobie „Pitbulla” bez Patryka Vegi. Wtedy to już nie będzie „Pitbull”.
Zapomniał wół jak cielęciem był, do jasnej cholery! Piotrze, pamiętaj proszę, że zostałeś zauważony w „Pitbullu” dzięki Mai, która bije Cię doświadczeniem w każdym calu. Mówiąc kolokwialnie ona Ci tę rolę zrobiła. Duet Majami+Olka pokochały miliony, co pozwoliło Ci się wybić i być tu gdzie teraz jesteś. W tym wypadku brak wdzięczności do swojej koleżanki i zarzucanie jej wypowiedzi, które nigdy nie padły to zwykłe skurwysyństwo. A twarz ma się tylko jedną.

Majami kiedyś powiedział w „Niebezpiecznych porządkach”: „Jak pierwszy raz w robocie ktoś nazwał mnie chujem, no to troszkę się obraziłem, ale potem wróciłem do domu, spojrzałem w lustro i zobaczyłem, że do chuja to ja za chuja podobny nie jestem, więc już się nie obrażam”. Może jednak warto Wy, którzy dajecie wciągnąć się Vedze w swoją machinę, przemyślicie te słowa, zaczniecie przyglądać się sobie uważniej i na drugi raz ugryziecie się po prostu w język?

Wiem, jestem naiwny…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *