Polacy nie umieją robić seriali jak „Gra o tron” i „House of Cards”

Moda na seriale w Polsce przeminęła. Taki wniosek można by śmiało wysnuć obserwując ostatnie produkcje naszych czołowych kanałów, czyli TVP, TVN-u i Polsatu. Zdobywają one ledwo milion widzów, więc generalnie żenada. Tym bardziej, że i Ci z kolejnymi odcinkami się wykruszają. Wszystkie zapowiadane głośno produkcje jako „hity ramówki”, spadają szybciej niż ostatnie notowania Małgorzaty Rozenek. Na ich miejsce nie pojawia się nic co przykułoby uwagę widzów na dłużej. Nie pomaga nawet fakt, że do tych seriali zatrudnia się głośne nazwiska i plejadę utalentowanych aktorów, którzy kilka lat temu zapewniali temu w czym występowali dobrą oglądalność. Z tego miejsca pozdrawiam Piotra Adamczyka, Edytę Olszówkę, Magdę Schejbal czy Joannę Brodzik, którzy w TVN-ie zburzyli mit, że czego nie dotkną, to zamienia się to w złoto i telewizyjny hit. Czy ktoś pamięta takie gnioty z nimi jak „Sama słodycz”, „Mąż czy nie mąż”, „Nie rób scen” czy „Aż po sufit”? Ano właśnie. Tymczasem turecki serial „Wspaniałe stulecie” nadawany w TVP o mało ciekawej godzinie – czyli kiedy wszyscy są w pracy, a dzieci wracają ze szkoły – bo o 15:45, potrafi nawet zebrać aż 3 miliony widzów.

Codziennie dociera do nas zewsząd nadmiar informacji. W dobie cudownych nowinek technologicznych z nieograniczonym dostępem do internetu, w którym jest wszystko do wyboru do koloru – przez sextaśmę Kim Kardashian po wyrok Trybunału Konstytucyjnego – trudno przykuć naszą uwagę na dłużej niż minutę. Zwyczajnie w świecie robimy się coraz bardziej wybrednymi i świadomymi odbiorcami. Smartfony z aplikacjami, którymi można już zdalnie zarządzać urządzeniami w swoim domu (!), a dzięki którym wkrótce będzie można również pewnie odczuwać stany porównywalne z orgazmem czy media społecznościowe też tego nie ułatwiają. Mamy teraz tyle bodźców rozpraszających i pochłaniających bez reszty, że od telewizji również wymagamy czegoś więcej. Niestety włodarze najważniejszych stacji telewizyjnych z naszego rynku ciągle zdają się tego nie rozumieć.

Jeszcze 10 lat temu w Polsce był boom na opery mydlane, czyli seriale emitowane kilka razy w tygodniu jak „Klan”, „Barwy szczęścia”, czy „Na Wspólnej”, które pokazują zwykłe życie przeciętnych ludzi. Z czasem jednak polscy twórcy, zresztą słusznie, zapatrzeni na amerykański rynek, zaczęli coraz częściej i odważniej sięgać po seriale sezonowe, czyli takie, które mają jeden odcinek w tygodniu. Te zaczęły im wychodzić coraz lepiej i tym oto sposobem zaczęły powstawać takie już dziś zakończone dawno hity jak np. „Magda M”, „Przepis na życie”, „Czas Honoru” czy „Kryminalni”. Są to produkcje z wiele większym budżetem niż losy rodziny Lubiczów i Mostowiaków, a więc co za tym idzie wyglądają finalnie dużo lepiej. Poza tym tworzą jakąś zamkniętą z góry określoną fabułę i nie wleką się latami, więc akcja siłą rzeczy dzieje się w nich dużo szybciej. Jeden sezon ma 13 odcinków, więc niewiele. Nie ma dlatego zbędnych scen typu bohaterowie streszczają sobie przy stole swój dzień w pracy, a Elżunię nalewa zupę. Tam każda scena jak w pełnometrażowym filmie jest po coś.

Efekt? Mamy już brzydko mówiąc wyjebane na nowe seriale codzienne. Owszem, legendarne dinozaury, do których obecnie zalicza się „Klan”, „Na Wspólnej”, „Pierwsza miłość”, „Barwy szczęścia”, „M jak miłość” i w końcu „Na dobre i na złe” ciągle mają rację bytu. Przez lata wypracowały sobie w widzach przywiązanie i niektórzy włączają w poniedziałek o 20.45 TVP2 tak samo automatycznie, jak gdy codziennie rano piją kubek kawy przed pracą. Nowych tasiemców jednak już nie chcemy. Nie mamy czasu by codziennie zasiadać przed telewizorem, wolimy iść na imprezę czy robić milion innych rzeczy. Pierwsza pokazała nam to sama Nina Terentiew. W 2010 roku zakończyła emitowany przez 8 lat serial „Samo Życie”, mimo że wtedy losy dziennikarzy popularnego dziennika zdobywały ok. 2,5 milionów widzów. Na jego miejsce pojawiła się „Linia życia” o której istnieniu poza Anną Samusionek – która miała tam do zagrania coś więcej aniżeli kilka sekund jak w filmie o „Smoleńsku” – dziś nikt nie pamięta. Serial ten nie zbliżył się nawet minimalnie do oglądalności swojego poprzednika, choć Caryca uważała, że przebije go o kilka ładnych milionów i po pół roku (!) zniknął z anteny.

Władze TVP nie wyciągnęły z tego lekcji i były dużo odważniejsze od Niny. Co one nam wciskały?! Najpierw na miejsce dobrze sobie radzącej w ratingach od lat w ramówce „Plebanii” zaczęto emitować „Galerię”. Ta doczekała się 175 odcinków. Dla porównania „Plebania” miała ich 1829. Była też przez pół roku „Rezydencja” z Grażyną Szapołowską i Kasią Figurą, w której miałem nawet okazję błysnąć w pierwszym odcinku na imprezie Klaudii Halejcio. Później Ilona Łepkowska proponowała nam jeszcze taki twór pt: „Wszystko przed nami”, choć dużo słuszniejszym tytułem byłby np. „Nie ma już nic”. Ten tym razem nic nie wygryzł, a pojawił się jako dodatkowa oferta codzienna w ramówce. Załamana jego niepowodzeniem scenarzystka Ilona przeszła później na emeryturę.

Tym bardziej więc zalewa mnie krew kiedy słyszę wypowiedzi nowego szefa TVP1, Jana Pawlickiego, który mówi, że chce zakończyć wkrótce „Klan”. Serial emitowany od 19 lat, która ma swoją stałą widownię oscylującą ok. 2,5 miliona. Czy ktoś to o czym piszę, w telewizji w ogóle analizuje czy tylko ja ze swoim zamiłowaniem do obserwowania rynku serialowego mam w tej kwestii coś sensownego do powiedzenia? Bo mam wrażenie, że o ile w Polsacie już zdali sobie sprawę z realiów, a i TVN nie zamierza kończyć „Na Wspólnej” dla jakiegoś gniota, to jednak w TVP jest to kwestia widzi mi się dyrektora i jego prywatnych gustów. Wszak #dobrazmiana trwa i coś robić trzeba! Owszem pomysł nowego serialu historycznego o losach Jagiellonów, którym będzie można się pochwalić i za granicą jest świetny, ale nie kosztem „Klanu”. Przynajmniej na początku. Przecież nigdy nie wiadomo czy to się przyjmie. Zresztą czy też przypadkiem nie ma być to serial sezonowy jak np. „Dynastia Tudorów”? Bo jak tak to porównywanie tych seriali jest tak samo sensowne jak zestawienie zakonnicy z prostytutką. 

Wracając do meritum. Ostatnio byłem świadkiem pięknej sceny w osiedlowym sklepie, która jasno pokazuje, że ludzie chcą żyć serialami i podporządkowywać im swoje życie. Wcześniej było tak za czasów „Dynastii” czy „Niewolnicy Izaury”, czyli 100 lat temu. Gimby nie znajo’, ale zapytajcie ojca, matki, babki, że tak było i podczas ich emisji ulicy pustoszały. Wybierając owoce podsłuchałem rozmowę dwóch starszych pań. Końcówka brzmiała mniej więcej tak: – Dobra, lecę bo muszę zdążyć ugotować obiad przez „Stuleciem”. Wie pani, dzisiaj umrze sułtanka Hurrem. Zwariuję przez ten serial! – powiedziała jedna z nich. Tydzień wcześniej ogłosiłem to bowiem na łamach „Faktu”. „Wspaniałe stulecie” nie oglądają jednak tylko emerytki. Potężna grupa fanów działająca prężnie w sieci to młodzież, a więc grupa najbardziej wymagająca. W szoku byłem gdy odkryłem, że na Twitterze podczas emisji odcinka trwa wśród nich gorąca dyskusja na temat kolejnych poczynań swoich ulubionych bohaterów. Wśród komentarzy króluje opinia, że serial ten jest tak inny od współczesnego życia, że aż ciekawy. Tłumaczy to dlaczego szybko zrobił się na niego bum i moda. W Stanach takie spotkania fanów to standard. Dowiedzieć się z nich można nie tylko tego co podoba się ludziom ale przede wszystkim wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość. Nie doszuka się u nas takich relacji „na żywo” z innych seriali, więc może warto sobie zdać sprawę na czym polega sukces właściwie tego? Tym bardziej w czasach kiedy wszystkie seriale, które są obecnie emitowane można znaleźć na takich platformach jak VOD, Ipla, Player czy Netflix, a i co drugi dom wyposażony jest w nagrywarki cyfrowe? Dotychczas sam tego nie rozumiałem, aż w końcu zdecydowałem się zobaczyć pierwszy odcinek. Wpadłem po uszy i teraz po nocach nadrabiam zaległe epizody.

/reakcja ludzi na Twitterze na śmierć Hurrem we „Wspaniałym Stuleciu”/

Serial oparty na faktach o losach osmańskiego imperium sułtana Sulejmana i zakochanej w nim niewolnicy Hurrem to jedna wielka intryga. Trup ściele się tam gęsto, a do tego nie brakuje scen, podczas której bohaterowie się zdradzają, szantażują czy obrzucają błotem. To widz lubi najbardziej! Egzotyczne środowisko mieszkańców pałacu, w którym nie było łatwo przetrwać jest tak ekstremalnie odległe od naszego codziennego i często banalnego życia, że chętnie na godzinę odrywamy się od problemów by popatrzeć na coś innego. Ot, cała recepta na sukces! Chcemy seriali z masą intryg, eureka! „Wspaniałe stulecie” dzięki tym wydawałoby się prostym zabiegom to dziś coś więcej niż zwykły serial, a moda, która opanowała świat. Doszło do tego, że sklepy oferują swoim klientom biżuterię czy stroje wzorowane na te z tureckiego serialu, a nawet i poszewki na poduszki z jego głównymi bohaterami. Kiedyś widzowie chcieli mieć naszyjnik Krysi Lubicz czy porcelanę Grażynki z „Klanu”, a dziś panie chcą mieć pierścionek jaki Sulejman dał Hurrem. Poza tym bohaterowie „Stulecia” stali się z marszu bohaterami mnożących się z dnia na dzień memów zalewających sieć. „Gra o tron” czy „House of Cards” to kolejne pozycje z cyklu – że tak go nazwę – „egzotycznych”, które stały się już na dobre  częścią popkultury. Tam również intryga goni intrygę, a więc wniosek zrozumie nawet małpa z autyzmem. 

Kolejny problem to obsada. U nas w kółko zatrudnia się tych samych aktorów. A czy ktoś widział np. gwiazdy „Sexu w wielkim mieście” czy „Gotowych na wszystko” w jakimś serialu zaraz po ich zakończeniu? Nie! U nas ciągle mieli się te same osoby. Owszem często i utalentowane, ale 5 serial z Piotrem Adamczykiem na przestrzeni 2 lat to już jednak too much. Za granicą seriale robi się pod widzów i ich opinia jest kluczowa. A widzowie chętnie oglądają nowe twarze! Tylko co to właściwie oznacza w praktyce? Pierwszy przed szereg wysunął się Netflix, który obserwuje w swojej platformie wszystkich widzów „House of Cards”. Pisze o tym najnowsza „Polityka”. „Po wciśnięciu „play” system zacznie notować, w jaki sposób widz skonsumuje kolejną odsłonę polityczno-małżeńskich perypetii Franka i Claire Underwoodów. Czy obejrzy pierwszy odcinek w całości, od początku do końca, a może od razu kilka naraz? Czy w którymś momencie przewinie film do przodu lub cofnie go o kilka minut, aby ponownie obejrzeć wybraną scenę? A jeśli tak, to czy chodziło o wyjątkowo dynamiczny dialog czy o scenę łóżkową. Czasem wydarzy się najgorsze: widz przerwie seans. Ale pauza pauzie nierówna. Być może wyszedł do toalety i za chwilę wznowi serial. Albo minęła i północ i postanowił dokończyć oglądanie następnego wieczoru. Jeśli jednak do „House of Cards” już nie powróci, takiemu przypadkowi Netflix poświęci więcej uwagi. Szczególnie jeśli więcej osób porzuci serial po obejrzeniu danego odcinka czy wręcz konkretnej sceny, dajmy na to brutalnego morderstwa albo przydługiego przemówienia prezydenta. Wiedza ta przyda się nie tylko podczas kręcenia kolejnego seznu „House of Cards”, lecz już przy kolejnym logowaniu niecierpliwego widza”. 

Mam nadzieję, że ta moda przyjdzie też do nas i ktoś z tego wyciągnie wnioski, wychodząc na przeciw oczekiwaniom masowych odbiorców. Kierując się ich gustami, a nie własnymi subiektywnymi opiniami. Obrazki z pięknymi ludźmi, bogatymi mieszkaniami i świetną muzyką + brakiem prawdziwej akcji – czyli to co serwował nam przez ostatnie lata TVN w gniotach, o których napisałem w pierwszym akapicie – się już nie sprawdzają i niech raz na zawsze odejdą do lamusa. Teraz światem rządzi intryga! 

Przeczytaj też: <<Dlaczego warto oglądać nowe „Z archiwum X”?>>

7 comments on “Polacy nie umieją robić seriali jak „Gra o tron” i „House of Cards”
  1. Rozumiem, ze powinnam nadażać z rozwojem słownictwa i tym podobnych, natomiast zaliczam sie do młodzieży i nie rozumiem używania wulgaryzmów (bo jak inaczej nazwać słowo ‚wyjebane’) w tak zwanych tekstach kultury. Siegamy po artykuły, aby sie czegoś dowiedzieć i liczymy na to, ze autor zdoła nas przyciągnąć używając słownictwa godnego. Możliwe, ze to jedynie moje zdanie, ale uważam , ze należy umiejętnie dobrać słownictwo, pisząc teksty publiczne.

    • to tylko Twoje zdanie. a uzycie wulgaryzmow to tylko kwestia kontekstu.

      moze razic „wyjebane” w tekscie na temat ostatniego expose rzadu (choc nie watpie, ze moze pasowac do tresci), natomiast w tekscie dotyczacym pop-kultury ? bitch please. (bez obrazy, popkulturalnie).

    • ~Marta: Bardzo cenna uwaga! Niezależnie od powszechnej wulgaryzacji języka i obyczajów posługiwanie się w tego typu tekstach wyrazami powszechnie uchodzącymi za obraźliwe, urąga pewnym standardom. Niestety, tak się dzieje, gdy każdy z nas może uprawiać „dziennikarstwo”.

      Ad rem: Generalnie zgadzam się z przemyśleniami autora, natomiast nie przeżywałbym tak kwestii „Klanu”. Produkcja serialu to biznes, jak każdy inny (z tą różnicą, że akurat do tego interesu dokładają się podatnicy), w związku z czym decyzje powinny zapadać w oparciu o rentowność tegoż biznesu. Widzowie przeboleją, tak jak przeboleli „Plebanię”, czy „Samo Życie”.

  2. Diagnoza jak najbardziej trafna. Brakuje w Polsce odważnego serialu, w którym główny bohater nie byłby szlachetny, odważny, szczery i krystaliczny, bez wad. Na zachodzie już dawno pojęli, że im więcej ma on skaz, tym jest ciekawszy. Brakuje także a może przede wszystkim dobrej fabuły, inteligentnej, pokręconej, słowem: sprytnej. Takiej, w której wszystko nie jest od razu podane na tacy. Trupy, zazdrość, intrygi, knucie… Takiego serialu Polska potrzebuje.

  3. Warto wspomnieć o nieco zapomnianym serialu ‚Londyńczycy’. Świetnie zrealizowany serial, dobrze się oglądało. Tylko dwa sezony, a chciałoby się więcej, często do niego wracam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *