Kogo Kinga Rusin oszukała na Oscarach?!

Świat od zarania dziejów miał swoich liderów. W TVN-ie – jeśli wierzyć ploteczkom z Wiertniczej – w tym sezonie królową jest Kinga Rusin. Zapytacie co z moją ulubienicą, Magdą Boską? Ona jest ponad podziałami, a jakby nie było, ponoć to właśnie jedno zdanie szepnięte przez Kinię – która wróciła do łask – na ucho gdzie trzeba, może uratować bądź zakończyć każdą karierę. No może poza Małgorzaty Rozenek, która w „Piekielnym hotelu” pokazała, że sama niszczy i kończy się najlepiej.

O Kindze – jak o każdej gwieździe ze świecznika – można mówić i pisać godzinami. Faktem jest jednak, że los się do niej uśmiechnął i pewne rzeczy są bezsprzeczne. Poza nieśmiertelną już chyba pracą w „Dzień Dobry TVN”, została wyróżniona i prowadzi w tej ramówce „Agenta”, czyli kultowy program, na którego powrót widzowie czekali aż 14 lat. Szefostwo wierzy, że będzie to hit, dlatego do RPA z Kingą i 14 uczestnikami pojechał największy budżet. Wiele koleżanek zjadłoby buta by być więc na jej miejscu, ale królowa może być tylko jedna. Aby tego było mało, siedzi właśnie w Los Angeles, bo jako jedyna (!!!) dziennikarka z Polski została zaproszona na 88. ceremonię wręczenia Oscarów. O tym marzy chyba każdy dziennikarz, bo to najważniejsza impreza w ciągu roku. Takiej pompy i ilości prawdziwych gwiazd nie ma nigdzie, ale jeśli nie ma się na nazwisko Rusin, to chyba trzeba zmienić obiekt marzeń.

Miałem okazję być w Los Angeles w trakcie, gdy odbywały się Oscary i muszę przyznać z ręką na sercu, że to raj dla każdego kinomaniaka. Nawet jeśli obserwuje się to w mieście z boku, bo samą galę ogląda się na kanapie, to naprawdę wrażenia są nie do opisania. Trochę podobne do tych, gdy Euro 2012 gościło w Polsce, bo na ulicy wszyscy mówią tylko o tym, kto finalnie zdobędzie statuetkę, co prowokuje wiele ciekawych rozmów. Dlatego gdy się dowiedziałem, że Kinga kolejny raz zagości na oscarowym czerwonym dywanie, nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Rozmawiałem więc z nią ostatnio o tym, a efekty tego można było przeczytać w „Fakcie”. Online natomiast <<TU>>. Zawsze mnie ciekawiło co trzeba zrobić by się tam dostać czy jak naprawdę wygląda organizacja tego wielkiego przedsięwzięcia od kuchni.  Kinga zaspokoiła moją ciekawość i powiem wam, że mimo zaszczytu i cudownego wpisu do CV, nie jest to łatwy chleb. – W dniu rozdania Oscarów dziennikarze akredytowani przy czerwonym dywanie, mimo że pierwsi zaproszeni goście zaczynają zjeżdżać ok. godz. 17.00, są już na swoich stanowiskach od godziny 13–14. Później są zamykane wszystkie bramy i jeżeli ktoś się spóźni, to po prostu nie jest wpuszczany. Niezależnie od tego, kim jest – przyznała. Podoba mi się, że nie ma tam taryfy ulgowej bo u nas, gdzie na eventach rządzą krewni i znajomi królika, byłoby to nie do pomyślenia. Kolejny raz wychodzi różnica między imprezami w Stanach, a tymi na naszym podwórku.

Oczywiście trochę kiepskie, że od rana trzeba wyglądać tak jak gwiazdy, które jak zdjęte z okładki Vogue’a, dopiero prezentują się w tym wydaniu wieczorem, ale przecież – no pain, no gain. – Wszyscy stawiają się karnie na swoich stanowiskach i czekają w szeregu z innymi dziennikarzami. Nie ma to znaczenia, czy to TVN, czy BBC. Każdy ma równe prawa – dodała Rusin. I choć przecież wiele dziennikarzy w dzisiejszych czasach króluje na okładkach pism, niemniej niż gwiazdy, grające w Oscarowych filmach, tego wieczoru nie mają żadnych przywilejów. Kinga nie dostanie więc torby upominkowej, za którą można by kupić konkretne mieszkanie w Warszawie. A w tym roku mieszanka bajecznych rzeczy, które znajdą się w środku dla uczestników Oscarowej nocy jest rekordowo droga. W każdej torbie szczęśliwcy mają zapewnione prezenty o wartości 200 tys. dolarów, podczas gdy w tamtym roku było to „jedynie” 125 tys. A u nas? Pomijam już takie bogate torby, których raczej nigdy Anna Popek nie zobaczy. Ciągle pamiętam malutką świeczkę, która czekała na mnie po ostatnim pokazie Maćka Zienia, więc chyba gorzej już być nie może. Zainspirujmy się jednak otoczką, a raczej organizacją.

– Dziennikarze czują się zaszczyceni samym faktem, że dostali akredytację, że mogą być tam na miejscu i relacjonować to niezwykłe wydarzenie – opowiadała Kinga. Duże gorsze na polskim rynku jest to, że np. na premierach filmów jak z jajkiem obchodzi się z blogerkami, youtuberami czy Misterami Polski, którzy – jakby nie było – nie mają z takim wydarzeniem nic wspólnego. Zniesmaczeni aktorzy, krytycy czy dziennikarze, którzy chcieliby porozmawiać o produkcji w kuluarach, uciekają po projekcji filmu z prędkością światła, bo sztuczny tłok, napędzany przez owy drugi garnitur, jest nie do zniesienia.  Prawda, że coś jest nie halo? – Dziennikarze nie mają przywilejów podjeżdżania na czerwony dywan limuzyną – opowiada o dniu Oscarowym, Kinga. W związku z tym ma ona do przejścia z parkingu do Kodak Theatre finalnie aż 2 kilometry. I to w szpilkach, więc chapeau bas. Nie może pozwolić sobie na obuwie na przebranie, bo nie miałaby go potem gdzie zostawić. Opcja dodatkowych toreb na matkę Kisio nie wchodzi przecież w grę. A ta z kolei jest warta świeczki.

Niestety od jakiegoś czasu system akredytacyjny, który tam obowiązuje, jest nie mniej chory od zapisu do lekarzy w naszej służbie zdrowa. Rusin – choć wiele osób myśli, że dostała się tam po znajomości, bo jak śpiewała Masłowska nic tylko „oszukuje”, przedstawiła po prostu w ankiecie swój ponad 20-letni dorobek. To tyle chociaż w dzisiejszych czasach aż tyle. – Bardzo ciężko zostać wpisanym na listę gości dziennikarzom spoza Ameryki. Nie chciałabym skłamać, ale chyba w zeszłym roku na jedno miejsce było ok. 60 zapytań. Nawet BBC musi brać udział w losowaniu miejsc. Głównym kryterium, by dostać akredytację, jest… przedstawić swój oscarowy dorobek. Co mają więc powiedzieć osoby, które tam nigdy nie były? – mówiła mi Kinga. Ona ma to szczęście, że w 1995 roku, czyli gdy była na Oscarach po raz pierwszy, wpisanie na listę było mniej skomplikowane. Wszystko zmieniło się od momentu zamachu w Stanach na World Trade Center.

– Nie ma miejsca na jakąkolwiek swobodę. Ze względu na bezpieczeństwo trzeba się poruszać w wyznaczonych strefach. Im bliżej daty ceremonii, tym trudniej przedrzeć się przez tłumy, które już oczekują tego wielkiego dnia. Sprawdzane są dokumenty, akredytacje, legitymacje dziennikarskie. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak zaostrzonymi środkami bezpieczeństwa. W zeszłym roku cały czerwony dywan znajdował się pod dachem. Faktycznie, było to dobre ze względu na pogodę, bo padał deszcz, ale jeszcze kilka lat temu wejście na galę odbywało się pod gołym niebem. Specjalnie zabezpieczone są wszystkie podjazdy, parkingi, a ulice dookoła są zamknięte. Nawet mysz się nie przeciśnie! Żeby się dostać na teren, na którym odbywają się Oscary, czyli dawnego Kodak Theatre, trzeba przejść chyba z 5 bramek ochronnych. Przy każdej bramce jest się szczegółowo sprawdzanym. Sprawdzane są kamery, sprzęt dźwiękowy, baterie. Ta skrupulatna kontrola robi wrażenie – zdradza Kinga. Oczywiście tego dnia liczą się gwiazdy. Ale każdego obowiązuje dress code. – Mężczyźni, nieważne czy operatorzy, czy dźwiękowcy, muszą mieć smoking. Dla kobiet natomiast wskazane są długie suknie – opowiada Rusin. I choć jej zazdroszczę, że poza świetną pracą i rozmowami z najlepszymi, sama poczuje się na czerwonym dywanie jak największa gwiazda, to też bardzo współczuje. Nie mam wątpliwości, że po tym wieczorze znowu podskoczy jej liczba hejterów. Tylko czekać aż kolejny raz usłyszymy, że Kinga znowu kogoś „oszukała”. A nie daj Boże zrobi wywiad z Leonardo DiCaprio?! A taka w tym „Teleexpressie” była do rany przyłóż…

One comment on “Kogo Kinga Rusin oszukała na Oscarach?!
  1. Pingback: Bartosz Pańczyk | Czy ktoś może odłączyć Kindze Rusin internet?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *