Cała prawda o imprezach w Hollywood

Tegoroczny urlop w USA – który już śmiało mogę nazwać wakacjami życia – przeszedł moje oczekiwania. Owszem – zatrzymując się w Los Angeles w Beverly Hilton (miejscu gdzie od 1961 roku odbywa się ceremonia wręczenia Złotych Globów), spodziewałem się luksusu i splendoru. W najśmielszych snach nie przewidziałem jednak, że poza zwiedzaniem pokoju, w którym zmarła Whitney Houston, będę miał okazję patrzeć z bliska na Meryl Streep, Harrisona Forda czy Jane Seymour. A dla takiego zapalonego kinomaniaka jak ja to wydarzenie nie mniejsze od odnalezienia świętego Graala. Trust me! Do dziś na wspomnienie tego co się tam działo czy głębokie spojrzenie Orlando Blooma, którym zostałem przez niego obdarowany mam spazmy i zimne poty. Anyway, kto by pomyślał, że przyjdzie mi brać udział w jednej z bardziej prestiżowych imprez filmowych, na której co roku zbiera się prawdziwa śmietanka branży filmowej? Unbelivable! Jak widać trudno mi uwolnić się od pracy! 😀

Mówię tu o rozdaniu nagród Britannia wręczanych przez Brytyjską Akademię Sztuk Filmowych i Telewizyjnych ( ang. British Academy of Film and Television Arts, BAFTA). Ma to być pomost pomiędzy przemysłem filmowym Wielkiej Brytanii, a Hollywood, dlatego wszystko – na pierwowzór gal spod tego samego szyldu organizowanych w Londynie – od 26 lat dzieje się w Los Angeles. Szczęście chciało, że impreza ta odbywała się akurat w trakcie mojego pobytu. Dzięki temu poza podziwianiem nazwisk z prawdziwego światowego świecznika zobaczyłem z czym się „jedzą” takie eventy w Hollywood. W końcu na naszym polskim podwórku na salonach zjadłem już zęby, a jedyną moją konkurentką w ilości zaliczonych bankietów może być Anna Popek, czy ostatnio Piotr Grabarczyk. Naprawdę trudno mnie już zaskoczyć, ale po kolei.

Wiem, że może zabrzmi to patetycznie, ale ta nieprzewidywalność czy to, że za każdym rogiem może się dziać coś co mnie interesuje, to jedna z rzeczy, za które najbardziej kocham Hollywood. Tak było właśnie wtedy, kiedy nieświadomy tego co się zaraz wydarzy, wracałem na pełnym chillu z jednego z kilku wywiadów, które miałem przyjemność zrobić. Tak, wakacje wakacjami, ale będąc na miejscu grzechem byłoby dla mnie trochę nie popracować. Spotkania na planie „Mody na sukces” czy w domu Joanny Krupy nie dzieją się przecież codziennie. Duch Whitney na szczęście czuwał, bo zdążyłem wrócić zanim Victoria Summer w stanie wskazującym rozkładała się obok mnie na kanapie, a Meryl Streep wynosiła z imprezy buty. O tym za chwilę!

Pierwsze co przed wejściem wzbudziło moją uwagę to Land Rover z najnowszego Bonda, zaparkowany centralnie pod hotelem. Ponoć agent 007 jeździ nim w nowym filmie po wertepach. Zapaleńców uspokajam. Nie powiem nic więcej na ten temat bo sam jeszcze nie miałem okazji wybrać się do kina. Zresztą fanem aut też nie jestem, choć przyznam, że nawet mnie trudno było przejść obok niego obojętnie. Wszystko za sprawą pozostawionej charakteryzacji z filmu, która jak rozumiem ma dodawać smaczku i wywoływać w fanach ekscytację. W końcu to na tym fotelu, w tym konkretnym samochodzie siedział boski Daniel Craig. Patrząc na ostateczny wygląd cacka, musiał w nim walczyć o życie, więc już w ogóle och i ach. No dobra, kupuję to! Zawsze to coś innego od wanny Whitney.

Zabrudzony samochód Bonda warty pewnie nawet kilkukrotnej rocznej pensji Kuby Wojewódzkiego to nie wszystko. Najciekawsze było obserwowanie gali od kulis. Wnioski? Tam w przeciwieństwie do naszych imprez na których w większości panuje rozgardiasz i gdzie tańczy się tak jak zagrają gwiazdy, jest wszystko dopięte na ostatni guzik, a i hierarchia gości jest z goła inna. Rozmawiałem z jednym z organizatorów BAFTY, który powiedział mi to co później sam mogłem – na tej gali czy dzień później na halloweenowym party Adama Lambera – obserwować. Tam – choć mogłoby się wydawać inaczej – gwiazdy nie są wcale najważniejsze. Dużo większą uwagę zwraca się na dziennikarzy. W końcu to oni będą przygotowywać późniejsze relacje, a organizatorom zależy na jak najlepszych notach. Nie ma więc zbędnych ludzi, znajomych królika czy sztucznego tłoku złożonego z kolegów i koleżanek zaproszonych gości. Nie! Grono uczestników jest starannie wyselekcjonowane i ograniczona do minimum. I tu jednak mała niespodzianka. Nie zapomina się przy tym o szarych śmiertelnikach. Dla najbardziej oddanych fanów jest mała (ale jednak!) pula biletów, które można nabyć przed samym wydarzeniem, a dochód z ich sprzedaży idzie np. na cele charytatywne. Mimo to nadal nie ma tam tłumów znanych warszawskim bywalcom chociażby z pokazów mody w Soho Factory. Kultura gości też jest nieco wyższa. Nie ma mowy by ktoś się spóźnił czy by w ogóle z tego powodu wstrzymywano całe wydarzenie. Małgorzata Socha może się w tym miejscu czuć pozdrowiona. Byłem w szoku bo przy rejestracji dla dziennikarzy była rozpiska eventu co do minuty. Najpierw godzina na czerwony dywan i wywiady z dziennikarzami, później kolejna godzina przerwy na zajęcie miejsc, podczas której gwiazdy mają czas na „small talks” w swoim gronie, aż wreszcie część oficjalna i dwugodzinny bankiet. That’s all! Taki układ imprezy to ponoć norma. Dla gwiazd najważniejsza jest ta godzinka przerwy, bo po wszystkim nikt z nich nie zostaje na lampkę szampana. Gdy kończy się gala wszyscy w dzikim pędzie w pięć minut udają się do swoich limuzyn czy zamówionego wcześniej Ubera, który tam jest bardzo popularny.

Patrzyłem na to z zegarkiem w ręku i wszystko działo się punktualnie. U nas dziennikarze dorywają gwiazdy przed, w trakcie, czy po evencie. Tam jest to nie do pomyślenia. Czas dla dziennikarzy czy fotoreporterów (po gali nikt nie robi już zdjęć!!) to naprawdę godzina na czerwonym dywanie i tyle. I nieważne czy jesteś dziennikarzem mało znanego portalu czy Agnieszką Jastrzębską i robisz relację dla ABC. Każdy jest traktowany równo i ma takie sama prawa.  Kamerka ważniejsza niż dyktafon? Wcale nie. Ważne tylko, że stoisz swoje w kolejce. Każdy to bardzo respektuje, dlatego nikt nie odważy się po imprezie wyciągnąć swojego sprzętu, hihi i skusić rozluźnioną gwiazdę na jakiś breaking news. Skutkowałoby to znalezieniem się na czarnej liście, a przecież tego nikt by nie chciał. Tam za dużo się dzieje, a jednak świat jest mały. Oczywiście Hollywood jest może trochę większe, ale jednak za kulisy tych najważniejszych imprez odpowiadają Ci sami ludzie. A więc koło się zamyka.

Zobaczenie gwiazd, które kiedyś wydawały mi się jakimś odległym kosmosem – bezcenne. Meryl Streep, Jane Seymor, Calista Flockhart, Robert Downey Jr, Harrison Ford, Orlando Bloom, Ed Westwick (Chuck Buss<3), Mel B czy bijąca ostatnio rekordy popularności Amy Schumer – wszyscy na wyciągnięcie ręki. Nie ma tu fochów i obrazy majestatu. Każdy zna swoje miejsce i przynajmniej zdaje się zachowywać się tak jakby te wielkie nazwiska obok nie robiły na nim wrażenia. Dlatego też Meryl Streep pozwala sobie przy wszystkich zmienić buty i zapasową parę nieść bez skrępowania w ręce. Wprawdzie opuszcza hotel w eskorcie kilku ochroniarzy i asystentek, ale who cares?! Ona może wszystko.

Jej wyjście udało się uwiecznić mojemu wakacyjnemu „partner in crime” – Maćkowi.

https://youtu.be/8D-uVve2JrU

Serialowa doktor Quinn udowodnia za to, że bodyguardzi jej niepotrzebni. Mimo szpilek i dwumetrowego trenu dolatuje do drzwi w 5 sekund. Udało mi się ją złapać i zwrócić jej uwagę mówiąc, że przyjechałem z Polski i ją uwielbiam. W efekcie zgadza się na zdjęcie w trakcie gdy podjeżdża do niej taksówka, czyli w jakieś 5 sekund. Ja cały czas boję się, że podepczę jej tren, ale finalnie wszystko się udaje. Mamy to!

Drugą osobą, która potrzebuje wianuszka panów w czarnych garniturach jest Orlando Bloom. Nie wiem dlaczego bo sprawia wrażenie, że klimat imprezy mu się udzielił. W końcu zdobył statuetkę, halo! Ochroniarz jest nieubłagany i nie podziela jego entuzjazmu. Mimo towarzystwa pięknych pań, które szybko go otacza zostaje zaprowadzony – mimo protestów! do samochodu. A wcześniej randomowi panowie są wyproszeni z toalety bo Orlando chce zrobić siku. 😀

Żałuję tylko, że uciekła mi Mel B. W momencie kiedy opuszczała salę balową akurat na horyzoncie pojawiła się Meryl Streep. 15 lat temu pewnie poleciałbym za Spicetką, ale teraz? 😉

Słowo szok jest sponsorem tego wpisu, ale naprawdę mimo że wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku to liczyłem iż po wjeździe alkoholu ludziom jednak uderzą bąbelki i impreza przedłuży się do ostatniego gościa. Tak się jednak nie stało. O godzinie 1 w nocy wszyscy jak jeden mąż opuścili salę, a ja później do rana nie mogłem zasnąć.


P.S. Za zdjęcia Jane, Harrisona czy rozłożonej Victorii dziękuje – Maćkowi :*

 

One comment on “Cała prawda o imprezach w Hollywood
  1. Pingback: Bartosz Pańczyk | Zień potraktował gwiazdy plebs

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *