Shannen Doherty: Nie czuję się seksbombą!

Z Shannen Doherty spotykam się w 4 Seasons – jej ulubionym hotelu w Beverly Hills. Gdyby nie sztab trzech asystentek, które idąc z nią w orszaku było widać na kilometr i lista wymagań jakie trzeba było spełnić aby wywiad doszedł do skutku, nie powiedziałbym, że mam przed sobą hollywoodzką gwiazdę. Ubrana w wyciągnięty sweter, zwykłe jeansy i muśnięta lekkim makijażem, cały czas sprawia wrażenie – nie znanej na całym świecie aktorki – a zwykłej dziewczyny z sąsiedztwa. Może dlatego tak dobrze nam się rozmawia prawie dwie godziny i czuję się jakbym widział się że starą kumpelą, której nie widziałem wieki? Bo choć dziś nastolatkowie szaleją do Justina Biebera czy Miley Cyrus, kiedyś to oni – bohaterowie serialu „Beverly Hills 90210” wyznaczali trendy i byli symbolem amerykańskiego snu. Patrząc na serialową Brendę Walsh, odżywają moje wspomnienia. Jak ja ją uwielbiałem!

Shannen na kilka minut przed moim wywiadem

Nie mogę Cię o to nie zapytać, bo Brenda była bohaterką mojego dzieciństwa. Masz z niej coś w sobie?

– Trudno być zupełnie kimś innym. Myślę, że początkowo tak z 10% mojego charakteru znalazłoby się w Brendzie. Później przed moim odejściem zdecydowanie już 0. Nic mnie z nią wtedy nie łączyło. Ja byłam nastolatką z obowiązkami typowymi dla dorosłych. Mój ojciec był chory i przez większość życia musiałam sobie radzić z tym jak się nim opiekować. To nauczyło mnie odpowiedzialności. Gdybym była Brendą to bym myślała tylko o chłopakach i przyjaźniach! To w ogóle śmieszne, że najbardziej ją pokochałam na sam koniec mojej bytności w serialu, gdy Brenda postanowiła wyjechać do Londynu by zacząć nowe życie i pójść do szkoły aktorskiej. Wtedy pomyślałam sobie „na jej miejscu też bym tak zrobiła”.

Jak wspominasz czas na planie Beverly Hills 90210?

– To był szalony czas w moim życiu. Coś jak letni obóz, gdy jesteś nastolatkiem. Gdy zaczynałam pracę na planie, nie spodziewałam się, że ten serial odniesie taki sukces. Początkowo nic na to nie wskazywało. Wiedzieliśmy tylko, że większość bohaterów jest jedną wielką paczką w podobnym wieku. Mieliśmy przed sobą kilka stron scenariusza i musieliśmy ożywić naszych bohaterów. Jak widać się udało! Minęło tyle lat, a ten serial do dziś wzbudza emocje, a nawet zyskuje nowych fanów. Nie będzie przesadą jak powiem, że zmienił oblicze telewizji. Do dziś wspominam to jako przeżycie życia z wielką ilością śmiechu i żartów, jak to bywa w liceum.

Żałowałaś kiedyś odejścia z serialu w momencie, gdy był on u szczytu popularności?

– Nie! Nigdy nie żałowałam. Nawet teraz przez pryzmat lat widzę doskonale, że to była świetna decyzja. Mogłam skupić się na mojej kochanej rodzinie, która jest dla mnie najważniejsza. Nie chciałam przegapić wtedy czegoś ważnego, a działo się u nas wiele. Praca w takim popularnym serialu pozwoliła mi bardzo szybko dorosnąć i docenić szanse, jakie daje życie. Widzieć różne opcje i cieszyć się nimi. To była niezapomniana lekcja! Gdybym miała szansę cofnąć czas, to naprawdę niczego bym nie zmieniła. Chyba, że mogłabym mieć wtedy mózg z tymi doświadczeniami, które mam teraz. Wtedy chętnie bym się tym pobawiła. Cieszę się jednak z tego, gdzie jestem teraz. Takie myślenie z cyklu „co by było gdyby” jest najgorsze. Pewnie gdybym została tam do końca to moje życie potoczyłoby się inaczej…

Oglądałaś serial po odejściu?

– O nie! Nie robiłam tego nigdy gdy w nim grałam i nie robiłam też tego później. Kiedyś myślałam by zobaczyć wszystko od początku i przypomnieć sobie jak to wszystko się zaczęło, ale nie lubię oglądać się na ekranie. Jestem bardzo krytyczna co do siebie i widzę w sobie wszystko co jest nie tak, więc po co się mam denerwować czy katować czymś typu: „O Boże, po co tutaj dotknęłam swoich włosów?! Beznadziejnie to wyszło w kadrze”. Dwa miesiące temu skakałam po kanałach i trafiłam na „Beverly Hills” zupełnie przypadkiem. Zaczęłam się wtedy histerycznie śmiać z siebie i myśleć sobie „Jak ja wtedy wyglądałam, jaki miałam make-up i ciuchy!!”. To była jakaś scena z serialową Kelly, więc zrobiłam zdjęcie ekranu tv i wysłałam MMS do Jennie Garth by się ze mną pośmiała.

Jaka była reakcja twoich znajomych, gdy widzieli Cię na ekranie?

– Przy pierwszym sezonie na szczęście nikt się tym nie podniecał, albo znajomi nie dali mi tego odczuć. Nie wiem jaka była ich reakcja na ten serial. Na szczęście! To dawało mi ten komfort, że gdy schodziłam z planu mogłam albo chociaż próbowałam żyć jak oni – ludzie, których nie ma na okładkach gazet.

Nie myślałaś nigdy, że producenci mogą bać się pracy z Tobą? Zostawiasz seriale, gdy święcą one największe triumfy! Tak było np. z „Beverly Hills 90210” czy „Czarodziejkami”.

– Oczywiście, że zawsze istnieje taka szansa, ale nigdy nie robię nic wbrew sobie. A że w obu tych przypadkach odejście z serialu co może nie jest popularne, było dla mnie naturalne, to to zrobiłam. Trzeba myśleć, że takie decyzje otwierają nowe drzwi! Nigdy nie martwię co myślą o mnie inni, a już na pewno jacyś nieznani mnie producenci. Zagrałam już tyle ról, że myślę, że jak ktoś będzie chciał mnie zatrudnić to to zrobi.

Masz kontakt z kimś z obsady?

– Tak! Najbliżej jestem z Jennie Garth i Brianem Austinem Greenem. Z Brianem często do siebie dzwonimy. Co ciekawe z Jennie nie byłyśmy tak blisko za czasów kręcenia „Beverly Hills”. Wtedy nawet się nienawidziłyśmy. I wiesz, to śmieszne z perspektywy czasu jak to wspominamy o jakie głupoty się sprzeczałyśmy czy byłyśmy zazdrosne. Jak po latach się spotkałyśmy to jej powiedziałam coś na zasadzie „Wiesz, jesteś bardzo spoko. Nie wiem o co nam wtedy chodziło”. Ian Ziering, który jest teraz chippendalesem może nas połączył? (śmiech). Bo byłyśmy jakiś czas temu z Jennie go obejrzeć podczas jego pokazu…

Zdajesz sobie sprawę, że wiele kobiet zazdrościło Ci, że możesz grać z Jasonem, który grał Brandona?!

– O tak. Nie flirtowałam z nim, bo to mój brat (śmiech). Ale czuliśmy chemię i dobrze nam się grało. Jednak jak pracujesz z kimś dzień w dzień prawie 24 godziny na dobę, to nie odbierasz to w ten sposób jak inni przed telewizorem. Nie było to dla mnie nic niesamowitego. Często było tak, że przychodziłam na plan, zamienialiśmy kilka zdań typu: „Co słychać” i pracowaliśmy. Oczywiście wiedziałam, że jest słodki i przystojny, ale nie patrzyłam na niego w ten sposób jak miliony przed ekranem. Dla mnie to była praca. Oczywiście dziewczyny na ulicy dawały mi odczuć coś na zasadzie: „Spadaj z naszej drogi i pozwól nam być z Jasonem”. Niektóre pewnie byłyby mnie skłonne znokautować (śmiech). A przecież ja z nim nie romansowałam i myślałam sobie: „Droga wolna!”.

Sama jesteś do dzisiaj symbolem seksu dla wielu mężczyzn po 30. z całego świata, którzy dorastali z Tobą. Wiesz o tym?!

– Kobiety też mnie lubią (śmiech). To o czym mówisz, to największy plus jaki przyniosła mi praca na planie „Beverly Hills 90210”. Dzięki Brendzie zyskałam wierne grono fanów, które trwa ze mną do dziś. To bardzo wspiera! Ale sama nie czuję się jak jakaś seksbomba, o nie! Nigdy nie czułam się tak i nigdy nie będę. Ale to miłe, że ktoś widzi mnie w ten sposób 🙂 Moi rodzice wpoili mi jednak do głowy inne ważne zasady jak edukacja, dobre maniery i to było dla mnie ważne. Nigdy nie miałam obsesji na temat swojego wieku czy myśli o operacjach plastycznych, bo myślę, że to nie jest ważne. Wszyscy jesteśmy piękni na swój własny sposób. Nie zapominajmy o tym.

Jak wyglądały twoje nastoletnie lata?!

– Wspaniale! Oczywiście nie było to życie typowe dla przeciętnego nastolatka, bo nie każdy pracuje od 10 roku życia jak ja prawie bez wytchnienia! Pamiętam jak przed liceum zrobiłam sobie kilka miesięcy przerwy od pracy bo wiedziałam, że zaraz będę poważną uczennicą i tych wszystkich obowiązków mi się tylko namnoży i pojechałam w podróż po Europie. Jak wróciłam to powiedziałam moim rodzicom, że mam już tego dość i jednak takie typowe życie nie jest dla mnie! Bardzo się cieszę, że życie dało mi szansę spełniać się w zawodzie, o którym marzyłam od kiedy miałam 10 lat. Nie każdy ma takie szczęście, więc jestem wdzięczna, że od małego uczyłam się zawodu. To sprawiało mi wielką frajdę, bo to całe moje życie, dlatego z ręką na sercu mogę powiedzieć, że miałam świetne dzieciństwo. Wiem, że jestem szczęściarą. Pamiętam też, że jak tylko się dało to siadaliśmy razem całą rodziną przy stole do posiłków. Mogłam wtedy wygłaszać swoje przekonania światopoglądowe, religijne i to uczyniło mnie na pewno bardziej krytyczną i otwartą, a już na pewno broniącą własnego zdania.

Czemu zdecydowałaś się zostać aktorką?

– Pamiętam ten dzień jak dziś. Miałam 8 lat i mój brat grał w lokalnym teatrze kościelnym. Oglądałam go, podziwiałam jaki jest wspaniały i zazdrościłam. Myślałam wtedy, że chcę być jak on, wyglądać jak on i grać jak on. Obcięłam nawet wtedy włosy by mieć fryzurę na mojego brata! Pamiętam swoją pierwszą pracę jak grałam… papugę. Miałam jedną linijkę tekstu jako ta papuga. Ale cieszyłam się, że mam już jak wtedy myślałam poważną pracę i któregoś dnia będę występować przed większą publicznością jak mój braciszek. Wkurzało mnie jednak, że to tylko jedna linijka tekstu. Pamiętam to jak dziś jak męczyłam tatę pytaniami „Tato, ta papuga jest nudna. Co mogę z nią zrobić by była interesująca?”.

Swego czasu zgodziłaś się wpuścić kamery do swojego domu i pokazać jak wygląda twoje życie prywatne. Dlaczego?

– To było w 50% moje życie, a w pozostałej połowie podkręcane sceny na potrzeby show, które miały być komiczne i pokazać moje poczucie humoru jak w show Larry’ego Davida. Zamysł mojego programu był taki, że będę miała dystans do własnej osoby i potrafiła się z siebie śmiać. Chciałam pokazać ludziom o czym myśleli, ale były takie rzeczy, których na pewno bym nie pokazała. W tym reality show pokazałam np. jak wyglądają moje relacje z mamą, tatą czy co było głównym wątkiem – przygotowania do mojego ślubu i to jak wygląda nasza miłość. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Na pewno nie moje ulubione, ale interesujące. Było czasem trudno być we własnym domu dookoła kamer. Czasem czułam się dziwnie, a mój mąż w ogóle nienawidził każdą sekundę pod obstrzałem kamer. Nie zrobiłabym już tego ponownie. Ale to kolejna rzecz, która zbliżyła mnie do fanów i ludzie jeszcze bardziej mogli mnie poznać. Widziałeś mój ślub?!

O tak! Byłem zachwycony twoją sukienką…

– Jak oglądam te odcinki ze ślubu to sobie myślę: „Chcę jeszcze jednego ślubu! Chcę jeszcze raz to zrobić”. Ale z tym samym facetem żeby była jasność! To śmieszne uczucie, że oglądam swój ślub na ekranie i myślę sobie, że tego w ogóle nie pamiętam! Wszystko wtedy działo się tak szybko! Byłam kierownikiem, producentem i w końcu byłam panną młodą! Nie miałam nawet pół godziny, naprawdę na ubranie się zanim stanęłam przed ołtarzem, a przecież ludzie poświęcają na to cały dzień! Tyle było na mojej głowie, że teraz nie wiem jak temu podołałam! Skupiłam się na wszystkim dookoła, a nie na sobie. Ślub to wielkie przedsięwzięcie, ale kocham śluby i te całą otoczkę! Ale powiem Ci, że wy faceci macie lepiej. Nie tylko jeśli chodzi o ślub!

Czyli lubisz być zajęta?

– O tak! Jak mam dzień wolny to nie mogę ustać w miejscu. Ciągle bym coś robiła. Ostatnio wieczorem skończyłam kręcić nowy film, a następnego dnia byłam już w nowej pracy. Zdecydowanie jestem pracoholiczką. Życie mamy jedno. Gdy mój ojciec chorował to z wielu rzeczy rezygnowałam. Gdy odszedł zaczęłam nadrabiać zaległości. Trzeba cieszyć się z życia póki można! Pracoholizm z pasji jest zdrowy!

Ale na pewno przychodzą dni, kiedy się relaksujesz!

– O tak, wtedy robię to w gronie przyjaciół, rodziny psa, z dobrym jedzeniem czy butelce dobrego czerwonego wina. Jestem mistrzem domowej pizzy i kiedy mam okazję to się tym chwalę. Niestety mój mąż chodzi spać codziennie o 20.30. Jeśli o tej porze nie jest w łóżku to przysypia na kanapie, więc wieczorami muszę być zdana na mojego psa, Bowiego (śmiech). Może to śmieszne, ale takie momenty gdy oni chrapią najbardziej mnie odprężają, bo czuję się wtedy bezpiecznie.

Zawsze są jeszcze przyjaciele!

– O tak, skype, telefony to świetne wynalazki. Mam taki układ z moją przyjaciółką, że przychodzi do mnie w każdą środę. Mój mąż wie, że środy mam zarezerwowane dla Holly. Nie odwołujemy tych spotkań nawet jak mamy jakieś biznesy na mieście. Nawet wtedy moja przyjaciółka jest ze mną. Taką mamy zasadę i się jej trzymamy. Jest dla mnie jak siostra! Mój mąż się czasem śmieję, że przy niej milknę i staję się kimś innym, bo na co dzień dużo mówię, a gdy jestem z Holly to oddaję jej pałeczkę i jestem bardziej spokojna i wyciszona.

Trudno być sławną?

– Strasznie! Jest czwartek i przypominasz sobie, że o 7 śmieciarka podjedzie po śmieci. Więc stajesz rano skoro świt w rozciągniętych ciuchach, bez make-upu, byle tylko wynieść śmieci, a tu ktoś się czai pod twoim domem i robi ci zdjęcie jak wyrzucasz rzeczy. Poza tym nienawidzę tej całej ery Photoshopa, na którą są skazani sławni ludzie. Poprawianie moich zdjęć i dorabianie mi czegoś albo poprawianie? Masakra!

Pamiętasz najgorszą plotkę na swój temat?

– Oj było ich tak dużo. Najgorsza? Że mam problem alkoholowy, podczas gdy najwięcej co piję to dwa kieliszki wina. Albo że moja mama jest za gruba. Rozumiem, że ja jestem popularna i ludzie mnie oceniają, ale jakim prawem ktoś ocenia moją matkę? Mam jednak do tego dystans i w ogóle nie czytam co ktoś o mnie pisze. Moja mama jednak bardzo to przeżyła i płakała cały dzień. Ja jestem na to odporna, ale ona nie.

Wystąpiłaś w „Tańcu z gwiazdami”, który u nas wrócił w tym roku po dwóch latach przerwy. Co było dla Ciebie najtrudniejsze w pracy przy tym programie?

– Wszystko. Mój ojciec był już wtedy w szpitalu, było z nim źle i ja bym nigdy wtedy nie zgodziła się na udział w tym programie. Przecież najpierw powiedziałam nawet kategoryczne nie, ale mój tata był wielkim fanem tego programu i poprosił mnie bym zgodziła się na swój występ. Więc zatańczyłam dla niego. Nie skupiałam się jednak na treningach. Ćwiczyłam 2 godziny dziennie, a później uciekałam do szpitala do mojego taty. Prosili po jakimś czasie mnie bym wzięła udział w angielskiej edycji, ale przeraziło mnie żeby się znowu w to angażować i odmówiłam.

Co się ten program nauczył?

– Że nie jestem taką dobrą tancerką jak myślałam, że jestem (śmiech.) Ale w głowie jestem jak Ginger Roberts! Nie jestem stworzona do tańców, gdzie liczą się kroki, wolę coś jak salsę, gdzie liczy się twoja dusza. Taka już jestem!

Rozmawiał Bartosz Pańczyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *